Lubie potańczyć i pobawić się. Kamieniem można we mnie za to rzucać codziennie od godziny 17.00 do 18.00 - powiedziała Krecia Pataczkówna, a ja powtarzam
Kategorie: Wszystkie | Fiction | Myślnik | Okno | Parter | Postaci | Rozmowy w tłoku | Saks & seks | Stół | Telefon
RSS
piątek, 06 listopada 2009
Kropka.
Po pięciu latach istnienia blog "Pępek Świata i Wielkie Oko" oficjalnie się zamyka. Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzali tę stronę i dzielili się ze mną swoimi nadziejami, lękami i propozycjami toastów.

Moje grafomańskie ciągoty nie dały się jednak zdusić, nadal więc będzie można mnie czytać, tyle, że pod innym adresem. Zapraszam tutaj: Sto procent masła w maśle. Tam jest więcej przypraw, jedzenia, kotów i mojego M., który teraz - kiedy to piszę - obejmując toaletę zwraca resztki wyprawy na mecz z kolegami.

Taki lajf, jak to mówią chłopaki w za dużych spodniach.

Na pożegnanie życzę Państwu dużo zdrowia, szczególnie psychicznego i dużo nadziei. Ja się nią karmię ostatnio.
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Numer 14, Numer 15
Dwóch takich stało na szosie z Koszyc do Bardejova, w deszczu, z namiotem po rodzicach. Pasażerowie numer 14 i numer 15. Socjolog i gimnazjalista. Zmieścili się z M. na tylnym siedzeniu i zaczęli gadać, po ogólnosłowiańsku, o podróżach, o ukraińskiej wódce, o marzeniach i beztrosce. Dopiero w połowie opowieści okazało się, że oni nie Słowacy, a Czesi.

A ja za kierownicą słuchałam i zazdrościłam.

Zazdrościłam tego, że nie muszą odliczać minut do końca urlopu, że nie tęsknią wieczorami za ciepłym prysznicem, że nic im więcej prócz namiotu i przyjaciół nie potrzeba.

Kiedy to się stało? Ten moment, kiedy postanowiłam z tylnego siedzenia przesiąść się na przednie. Która myśl była pierwsza?

Czy oni zazdroszczą kierowcom? Czy ja kiedykolwiek im/nam zazdrościłam?
czwartek, 20 sierpnia 2009
Barka Kadarka
Nie mogłam wczoraj wysiedzieć w domu. Widok komputera zamieniał mój żołądek w Rio podczas karnawału, koty toczyły kolejną tego dnia walkę na śmierć i życie, a lodówka była pusta jak poetyckie próby Isabel. Byłam głodna i wściekła. Z tego wszystkiego rozwaliłam roletę na oknie od strony sąsiedzkich spojrzeń. Why are you doing this to me, Satan? - pomyślałam (po angielsku, bo każdy wie, że Szatan mówi w języku George'ów - Busha i Carlina) - Is suicide the message?

I wtedy coś przemówiło: Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci. Nie samobójstwo jest odpowiedzią, lecz wino (czerwone, półsłodkie, za mniej niż 15 złotych).

No to wzięłam rower i pojechaliśmy w miasto, w piękną noc. Z sympatycznej knajpki New Delhi przy Krakowskiej pobraliśmy jedzenie na wynos, a z monopolowego naprzeciwko nieśmiertelne wino Kadarka (czerwone, półsłodkie, cena 12.99, dokładnie jak Bóg/Szatan/chory umysł przykazał).

Wyjeżdżamy na Mostową, a tam taśma policyjna (wiecie, z gatunku tych "POLICE TAPE- FUCK OFF") rozwinięta na całej szerokości, przejścia nie ma. Przed taśmą zaparkowane policyjne Seicento (a jakże!) i para mundurowych, która ma odstraszać ewentualnych gapiów. Wzdłuż kamienic chodzi pięciu facetów i świeci latarkami po wszystkich możliwych powierzchniach.

Oho, dzieje się. Albo już się działo.

Ale my dalej, na schodki. Mija nas pies z lampką na kagańcu. A vis-a-vis schodków co? Barka! Sakramencko wielka, piękna, bordowa barka prosto z Holandii. A na barce, na reżyserskim krześle siedzi sobie pan ubrany na biało i patrzy w przestrzeń.

Zainstalowaliśmy się na schodkach, z widokiem na okna barki zamiast na Podgórze i przysięgam, że te okna gapiły się na nas bezceremonialnie! Teraz wino. Ale wino ma korek, a u nas korkociągu niet. Pierwsze w ruch poszły klucze, porządne duże klucze Gerda, nie jakieś tam superlekkie kolorowe badziewia, które ludzie kupują zupełnie bezmyślnie (bo czym otworzą wino, gdy przyjdzie potrzeba?). Nie dały rady, trzeba było wpychać korek palcem. Dalej nic. Więc wziął M. rower, ściągnął gumkę z rowerowej nóżki i z moja pomocą, wysilając się okrutnie, wepchnął tą właśnie nóżką korek do środka.

Wino popłynęło w gardła, śpiew w przestrzeń. Nucąc If I were a rich man ochrzciliśmy barkę imieniem Kadarka (na drugie ma Półsłodka). Proszę to dobrze zapamiętać.

Warto iść ją obejrzeć, zanim szkolenia, restauracja i klub ruszą pełną parą. Adres: Bulwary Wiślane imienia Carskoje Igristoje, u wylotu ulic Gazowej i Mostowej.


poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Polak, czyli Optymizm
Opublikowany jakieś dwa tygodnie temu w "Polityce" raport donosi, że Polak szczęśliwy, lecz zestresowany. Ciągłe niedowartościowanie, narzekanie i presja społeczna, to mają być ponoć nasze narodowe bolączki.

Dziwi mnie ta diagnoza, bo gdzie nie spojrzę, tam pełno optymistów. Dla przykładu, ta rodzinka na parkingu przed hipermarketem, która wczoraj wyskoczyła znikąd tuż przed maskę mojego samochodu, pełna wiary i ufności, że się przed nimi zatrzymam. Albo ten kretyn w BMW na warszawskich rejestracjach, który wyprzedzał mnie na wąskiej mazurskiej drodze - na trzeciego - optymistycznie zakładając, że facet z naprzeciwka zwolni, a przydrożne drzewa się odsuną.

Żeglarze na Mazurach sikają do jezior, żeby potem kąpać się w tej wodzie z optymistycznym przekonaniem, że kwestia chorób skóry dotyczy tylko innych. Energiczne ekspedientki mówią "Ale przecież nie muszą się dopinać!", ufne, że klientka ich posłucha i kupi za ciasne spodnie. Właściciele pensjonatów odmawiają zakwaterowania na jedną noc, z optymizmem patrząc w przyszłość i bez zażenowania ignorując doniesienia o kryzysie. Kolejne pokolenie piętnastolatków przeżywa miłosne uniesienia w namiotach ustawionych na dziko, wierząc, że za pierwszym razem nie zachodzi się w ciążę.

A ja postanowiłam przez jakiś czas popracować na pół etatu w nadziei, że przez ten czas napiszę magisterkę. To dopiero optymizm!
sobota, 08 sierpnia 2009
Piosenka o Krasnogrudzie
Zaczyna się wibrującym dźwiękiem silnika rozpędzającego pewien zielony samochód do nieznanych mu wcześniej prędkości. Jest piątek wieczór, w aucie siedzimy ja, M. i mój ojciec. Kierunek: północ. Planowany czas przyjazdu: północ.

Potem jest świst powietrza zasysanego przez mijane tiry i względna cisza Mazowsza, tego śmiesznego regionu odmierzonego przez gigantyczną poziomicę. W przydrożnym barze pod Ostrowią Mazowiecką brzęki sztućców akompaniują pokrzykiwaniom kasjerko-kelnerki i szuraniu krzeseł.

I wreszcie turkot, poniemiecki bruk, ta częśc kraju, gdzie architektura mniej boli, a ludzie ni to mówią, ni śpiewają.

Piszczy rower starego wujka Władka, mijającego nas w drodze na cmentarz. Wujek ma jakieś metr czterdzieści wzrostu i osiemdziesiąt kilka lat, choć wygląda jakby miał ze sto, jego jedyne oko już nie zawsze nas poznaje - pewnie pomogła w tym przyjaciółka gorzałka, w przeciwieństwie do jego dawno zmarłej żony - nieśmiertelna. Kiedy wujek dojeżdża na cmentarz już nic nie słychać. Zostaje tylko obrazek: stary, malutki człowiek przycupnięty na nagrobku tej kobiety, którą rzadko szanował póki miał okazję, a której teraz tak przeraźliwie brakuje.

I ten krzyk ciotek, "powiedz dla niego" jak refren, walka na skale głosu i temperaturę przekleństw. Stuk odpadającej cegły przeplata miauczenie kotów-miniaturek i kapanie wody z niedokręconego kranu (tylko zimnej).

Ruszamy dalej na północ odwiedzić zamknięte rozdziały. Mijamy wieś R., której akustyka wkrótce zmieni się zupełnie z powodu obwodnicy miasta A. Kilka kilometrów za miastem skręcamy i asfaltowa szosa przechodzi w żwirową drogę, na której samochód wibruje jak bęben ogromnej pralki. I wreszcie jest, odwiedzany jako pierwszy rozdział numer dwa, trzy lata temu opuszczony i ciemny, dziś wyremontowany przez nowego właściciela, czysty i piękny. Kiedyś-mój dom. Dookoła cicho, słychać tylko nasz silnik, ktoś go słyszy i podchodzi do okna. Wysiadać? Nie, to już inna historia, inna książka, po co robić zamieszanie. Wrzucam drugi bieg, jedziemy dalej.

Potem szum trzcin nad przygranicznym jeziorem i zupełna cisza, kiedy dojeżdżamy do dworku w Krasnogrudzie. Gdyby domy potrafiły mówić, ten pojękiwałby cicho, opuszczony i zapomniany, doprowadzony do ruiny. Jeszcze jakiś czas temu brzmiały w nim głosy członków fundacji Pogranicze, którzy wystawiali tu "Dolinę Issy" i spędzali lato. Zostały po nich rysunki na oknach, złożona, porzucona scenografia i rozbrajający napis "złodzieje won". A dawno przed nimi byliśmy tu mama, tata i ja. Plus stado myszy. Stoi jeszcze moja jarzębinka, która uspokajała mnie - wtedy wrzeszczące niemowlę - gdy tylko na nią spojrzałam. Coś we mnie cicho piszczy, ale racjonalizacje natychmiast włączają całą naprzód.

To już nie nasza piosenka, to przebrzmiała melodia, mówi ojciec.
Tylko jeśli tak jest, to co tutaj wszyscy robimy?
piątek, 24 lipca 2009
Odpowiedź.
Powietrze miało wczoraj konsystencję żytniego chleba za zakwasie. Kraków poił się wodą mineralną i kłębił na basenach; dzieci i psy sikały do wody w Kryspinowie. A ja w Empiku zasysałam resztki tlenu spomiędzy regałów z książkami i nagle - nieświadoma niczego - wkroczyłam w Inny Wymiar. Żadnego ostrzeżenia, żadnych tabliczek zakazujących wszystkiego, żadnych strojów ochronnych wiszących przy wejściu.. A to wszystko powinno tam być.

Bo oto otworzył się przede mną dział "PSYCHOLOGIA", w którym na próżno szukać poważnych pozycji naukowych. Zamiast nich - ocean porad, nauk i przykazań zdobiony nazwiskami amerykańskich wieszczów od lajfstajli, kołczingów i rozwoju osobistego. Znalazłszy masochistyczną przyjemność w przeglądaniu tytułów, wyłowiłam kilka bezcennych pozycji, które bez wątpienia wkrótce zmienią moje życie:

Przepisy na szczęście Phila Bosmansa. Patrzę i oczom nie wierzę - czy to możliwe, żeby za jedyne 15,99 posiąść całą dostępną ludzkości wiedzę o drogach osiągania dobrostanu? Jakie to proste! Nigdy więcej taplania się w postmodernistycznym oceanie bagnie możliwości. Koniec z cierpieniem spowodowanym koniecznością podejmowania decyzji! Widocznie życie jednak  j e s t  jak pudełko czekoladek.

Ale można jeszcze prościej - oto Zero ograniczeń. Sekret osiągnięcia bogactwa, zdrowia i harmonii ze światem. (34,90zł) Po co nam przepisy, oto uniwersalna recepta! Hurra! Butelkę w dłoń, szefowi kopa w tyłek, jubilerowi pistolet do skroni, alleluja i do przodu!

Tuż obok na półce pozycja o porywającym tytule Coaching, czyli Przebudzacz Neuronów (44,99zł) (tak, tak - Przebudzacz Neuronów z dużej litery, to widocznie nazwa własna tej niematerialnej machiny). Hm, pomyślałam, do tej pory wydawało mi się, że moje neurony są jak najbardziej przebudzone, a czasami nawet przesadnie po-budzone, jak wtedy, kiedy ten debil w czarnym Audi zajechał mi drogę na jednopasmówce i ledwo wyhamowałam (pozdrawiam tego pana z nadzieją, że do tej pory ma sraczkę). Ale widocznie inni mają z tym problem, skoro Maciej Bennewicz, autor, pisze tak:

Powinieneś ją przeczytać, bo dzięki temu przestaniesz tracić czas.
(Kupiona! Założę się, że po przeczytaniu tej książki odechce mi się książek w ogóle i zaoszczędzę mnóstwo, mnóstwo czasu!)  Zaczniesz oddychać (ee tam, o tym mi już powiedział John Lajoie), poczujesz, że zmiana której pragniesz jest w zasięgu ręki. Możesz się przebudzić (Maaaamooo, jeszcze pięć minut, proooszę!). Daj sobie szansę na siebie. Przeczytaj tę książkę. (Spierdalaj pan.)


Dalej mamy serię niezwykle cennych poradników, żywcem przeniesionych ze świata Bridget Jones. Na półce stoją kolejno:
- Gdyby Budda umawiał się na randki Charlotte Kasl (29,99zł)
- Gdyby Budda przyszedł na obiad Sofii Schatz Hale (28,99zł)
- Gdyby Budda się ożenił tej samej Charlotte Kasl (29,99zł)

Przemyślana kolejność. Ja proponuję paniom Kasl i Hale dopisanie kontynuacji:
- Gdyby Budda rozrzucał swoje skarpetki po pokoju
- Gdyby Budda utył, spuchł, posiwiał
oraz
- Gdyby Budda porzucił żonę dla Isabel.

Jest i coś dla żon zagrożonych porzuceniem. Autorka scenariuszy do słynnych komedii romantycznych [Nora Ephron] radzi wszyst­kim swoim rówieśniczkom, jak nie zestarzeć się tyleż od środka, co na zewnątrz. Tytuł: Moja szyja mi się nie podoba (24,70zł).

Dalej już nie mogłam. Być może moje neurony nie mogły się przebudzić po intelektualnej śpiączce, jaką zafundował mi ten dział. Ale i na to są sposoby. Dla wszystkich zmiażdżonych przez hektolitry bzdur wylewających się z tych książek, a przede wszystkim dla bzdur tych autorów jest ratunek:

Edward de Bono - Kurs myślenia (29,99zł).

Jak to dobrze, że Empik jest tak blisko.

wtorek, 23 czerwca 2009
Redefinicja potrzeb

- A jak X?
- nie narzekam, widujemy się, herbatę robi, smsy pisze nonstop, rżnie jak należy, nie ma co szaleć

Pieprzyć prasę kobiecą.


wtorek, 16 czerwca 2009
Tanie lato
Co począć z niedzielą, naznaczoną dniem wczorajszym, rozpoczętą weselnym alkoholem, piękną niedzielą, która zaczęła się bez naszego udziału i trwa? Otwieram okno. Miłośnicy aktywnego spędzania wolnego czasu mkną na swoich jednośladach w stronę Tyńca. Jakieś głupie buce ryczą silnikami swoich głupich suwów. Na placu zabaw dzieci biją się i wyją. Sąsiedzi jak zawsze siedzą w oknach, sąsiadki jak zawsze rozbijają kotlety. Gdzieś w oddali wisi balon.

M. niespiesznie otwiera oczy, które pod wpływem reakcji chemicznych z etanolem w roli zapalnika zmieniły kolor na królicze. Dopiero kawa uruchamia w nas odpowiednie przyciski. Wsiadamy w tramwaj, kierunek: Hala Targowa.

Pod Halą jak zawsze kłębią się wykluczeni społecznie i nowobogaccy, przeplatani zabłąkanymi turystami nerwowo powtarzający "ka-si-mieś? ka-si-mieś?". Ktoś sprzedaje stare książki, ktoś hełm żołnierza Wehrmachtu (pewnie dziadkowe trofeum z dumnych czasów partyzantki), ktoś nagie lalki Barbie w wielu odmianach, ktoś psa, ktoś truskawki. Dobrze nam tu, bo nas nie widać, bo tym skrawkiem świata zawładnęły rzeczy, ludzie są tylko dodatkiem, którego się nie zauważa, dopóki nie nadepnie na nogę. Nie ma nas, z niczego się nie musimy tłumaczyć, możemy w spokoju oglądać uwolnioną zawartość cudzych strychów.

Idziemy potem na ekskluzywny niedzielny obiad do baru mlecznego Krakus. Zbieramy podwójnyschabowypodwójnakapustaziemniakiidelicjerazdopojemnika! ze sobą nad Wisłę. - Bar mleczny Krakus jest w bandzie! - mówi M., odgryzając kolejne części kotleta prosto z widelca. Wisła faluje. Na drugim brzegu rzeki kłębią się rowerzyści do spółki z pieszymi, wózki dziecięce śmigają pchane przez rodziców na rolkach, ktoś obsiadł moje schodki. Leżymy sobie w trawie. Leniwie. Leniwiej..

A kiedy niedziela powoli więdnie, docieramy pod dom, który zdążył napełnić się kocią sierścią i czymś, co naleciało przez okno. Głowa powoli chyli się ku poniedziałkowi i cotygodniowej orce przy komputerze ("aa, co tam państwo mają do roboty, państwo sobie tylko klikają!") i rzeczywistość znów kłuje w boku. Czas na sen.


wtorek, 26 maja 2009
Kultura korporacyjna

Nazwa dokumentu

Casual Fridays

Autor

[Pracownik 1]

DW:

[Pracownik 1], [Pracownik 2], [Pracownik 3], [Manra]

CC:

[Szef]

Abstrakt

Wykorzystujemy część czasu pracy w piątek na aktywności niekoniecznie zawodowe.
Warto przemyśleć pomysły :-)

Warunki - aby 'casual Friday' się odbył - muszą zostać zrealizowane wszystkie zadania założone na ten dzień przed określoną godziną.

Pomysły

Pomysły M.:
  1. rzucanie workami z wodą w ludzi i samochody na alejach
  2. tańczący pociąg przez wszystkie piętra, moglibyśmy zaangażować ochroniarzy i sprzątaczki
  3. wspólne zakupy w jubilacie, na tych bardziej hardkorowych piętrach
  4. chodzenie przez przejście podziemne tam i nazad
  5. impreza w tramwaju (ale nie wynajętym, takim zwykłym)
  6. wyszukiwanie najśmieszniejszych nazwisk na grobach na cmentarzu Salwatorskim
  7. zakłady u chińczyka "z czego dzisiaj jest ten kurczak"?
  8. moglibyśmy się tez przebierać za meneli i oszukiwać straż miejską, która kiedy chciałaby nam wlepić mandat za picie, zostałaby zaskoczona tym, że nasze butelki zawierają soczek a nie piwo!
  9. żebranie (różne techniki, "na rumuna", "na staruszkę", "na babkę z dzieckiem")
  10. przylepianie kierowcom parkującym na chodnikach nalepek "jak parkujesz debilu/debilko?"
  11. przebijanie opon kierowcom parkującym na drogach rowerowych (moglibyśmy nosić koszulki z napisem "zielone komando")
  12. testowanie umiejętności językowych (angielski, włoski, rosyjski) obsługi restauracji i hoteli
  13. zabawa w świadków Jehowy/Amway/wysłanników innych ruchów religijnych
14. układanie z siebie wykresów statystycznych na bulwarach




Pewnych rzeczy nigdy nie przyswoję.
piątek, 24 kwietnia 2009
Cicha rewolucja
Wiem, ze zapowiedzialam przenosiny na blog emigracyjny, ale ta informacja nie moze pojawic sie nigdzie indziej.

Prosze Panstwa, powitajmy oklaskami rewolucyjna, pierwsza na swiecie oferte pracy skierowana bezposrednio do... SOCJOLOGOW!

Na naszych oczach dokonuje sie rewolucja!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27